Gabinet Wery · Opowiadania · służba
służba · 2026-09-22

Dziewiętnaście punktów i krem do stóp

Dziewiętnaście punktów i krem do stóp

Notes leży na szafce nocnej po mojej stronie łóżka. Zwykły, w kratkę, ołówek wetknięty między kartki. Mąż wie, co w nim jest, i ani razu go nie otworzył. „Nie wolno” nigdy nie powiedziałam. Po prostu rozumie, że liczby w nim zapisuję ja, a czytanie ich to nie jego sprawa.

Notes pojawił się rok temu. Wcześniej pytał trzy razy na wieczór: „A to się liczy?” — o wyniesione śmieci, o wyprasowaną koszulę. Za trzecim razem wyjęłam z szuflady zeszyt w kratkę, napisałam na pierwszej stronie datę i powiedziałam, że liczy się to, co zapiszę ja. Pytania skończyły się tego samego wieczoru. Zrozumiał szybciej, niż się spodziewałam: jeśli pytasz, to robisz dla liczby, a nie dla mnie.

Tamtego wieczoru wrócił o wpół do ósmej. Leżałam na kanapie z nogami na podłokietniku i słuchałam, jak pracuje: woda w zlewie, drzwiczki szafki, stuknięcie pokrywki o garnek. Nie wchodził do pokoju. Tak jest u nas: dopóki nie skończone, do mnie się nie podchodzi.

O ósmej zawołałam o herbatę. Przyniósł, postawił na podłokietniku, wrócił do zlewu. Za herbatę nic nie zapisałam: poprosiłam — więc to norma. On to wie i nie zerknął na notes.

O dziewiątej stanął w drzwiach.

— Gotowe.

— Co gotowe?

— Kuchnia. Pranie nastawione. Twoje buty wyczyszczone, stoją w przedpokoju.

Sięgnęłam po notes. Został w drzwiach, ręce wzdłuż ciała, i patrzył, jak piszę. Kuchnia — trzy. Pranie — dwa. O buty nie prosiłam, więc sam zauważył — dwa. Razem siedem za wieczór. Dodałam do wcześniejszych linijek: dziewiętnaście.

Dziewiętnaście

Zbierał od trzech tygodni. Widziałam to po zapisach — było ich więcej, linijki krótsze: „herbata — 1”, „lista zakupów — 2”, „rano bez pytań — 1”. Progu nie podaję nigdy. Czasem wystarczy dziesięć, czasem czekam do dwudziestu pięciu, a on nie wie, gdzie dziś jest granica. W tym cały sens: pracuje nie na liczbę, tylko na moją decyzję.

Tamtego wieczoru trzymałam w głowie dwadzieścia. Brakowało jednego.

— Dziewiętnaście — powiedziałam na głos. Zwykle nie mówię sumy. Powiedziałam, żeby zobaczyć, co z tym zrobi.

Nie zapytał, ile trzeba. Postał chwilę, poszedł do łazienki i usłyszałam, jak otwiera szafkę. Wrócił z tubką kremu do stóp, uklęknął na podłodze przy kanapie i wziął moją stopę w dłonie. Ciepłe, suche. Nic nie mówił, rozcierał piętę kciukami, potem podbicie, potem każdy palec po kolei. Patrzyłam w sufit i liczyłam: krem — jeden. Dwadzieścia.

Wtedy pomyślałam — i napiszę to tutaj, bo czytelniczki pytają — czy nie potrzymać go jeszcze. Dwadzieścia to moja liczba, nie jego. On jej nie zna. Mogę dopisać pięć i nikomu nic się nie stanie. Wzięłam ołówek, napisałam „20” i podkreśliłam. Zdecydowałam: dziś. Nie dlatego, że się uzbierało, tylko dlatego, że chciałam zobaczyć go otwartego.

— Jak myślisz, ile masz?

— Nie wiem.

— Dobrze. Do sypialni. Na plecy.

Wstał z kolan tak, jakby bał się coś spłoszyć.

Zamek

Klucz leży w tej samej szufladzie co notes. Wyjęłam go, usiadłam obok na łóżku i nie spieszyłam się. Leżał z rękami pod poduszką — tak kazałam jeszcze w pierwszym miesiącu, żeby nie sięgały. Pas był ciepły od ciała. Zamek szczęknął, a on wypuścił powietrze tak, jakby nie oddychał od trzech tygodni.

Nie zdjęłam pasa od razu. Trzymałam otwarty zamek w palcach i patrzyłam, jak czeka. Umie czekać leżąc, z rękami pod poduszką, ale gardło mu chodziło. To właśnie chciałam zobaczyć — nie to, co będzie dalej, tylko to: jak mężczyzna, który od trzech tygodni czyści mi buty, czeka, aż zdecyduję ostatecznie.

Otwarty zawsze wygląda inaczej. Zaczerwieniona skóra z odciskami stali, wszystko tak wrażliwe, że od samej mojej dłoni podskakuje. Wzięłam go w rękę — suchą, bez kremu — i trzymałam bez ruchu.

— Patrz na mnie. Nie zamykaj oczu.

Patrzył. Usta mu drżały. Poruszałam dłonią powoli, a on wytrzymywał, jak umie — długo go tego uczyłam. W drugiej minucie powiedział „proszę”, a ja kiwnęłam głową. Całość zajęła jakieś cztery minuty. Potem leżał i oddychał, a ja przyniosłam wilgotny ręcznik, wytarłam go sama i z powrotem założyłam pas. Stal zimna, wzdrygnął się. Zamek szczęknął drugi raz tego wieczoru.

Otworzyłam notes i napisałam pod kreską: „Otwarty. 4 min. Saldo — zero”. Pokazałam mu stronę. Pierwszy raz od trzech tygodni zobaczył swoje liczby.

— Zero — powiedział.

— Zero. Od jutra rana.

Rano

Wstał przede mną, jak zawsze. Kiedy weszłam do kuchni, kawa stała, a obok leżała kartka: „Chleb, mleko, żarówka do przedpokoju — kupię po drodze”. Zapisałam: „lista sam — 2”. Widział to i nie zapytał, ile teraz trzeba. Gdyby zapytał, odjęłabym punkt.

Wieczorem znów stał w drzwiach ze swoim „gotowe”, a ja znów pisałam. Dwie linijki, cztery punkty. Spojrzał na ołówek, nie na stronę, i poszedł nastawić czajnik. Pas był zapięty od nocy, klucz leżał w szufladzie pod notesem, a do następnej kreski było daleko. Jak daleko — wiedziałam tylko ja.

Oto czego nauczył mnie rok z notesem. On nie czeka na nagrodę jak na wypłatę. Czeka na moment, w którym zdecyduję, że chcę go otworzyć, i stara się, żeby ten moment nadszedł wcześniej. Różnica jest duża: wypłaty się żąda, na decyzję się czeka.

— Wera

Tematy: Femdom w zwyczajnym małżeństwie · FLR

O tym — w przewodniku

Seks w pasie cnoty – zasady bliskości w FLR

Opowiem Ci, jak prowadzić seks w pasie cnoty tak, żeby mąż służył tylko Tobie i czekał na Twoje decyzje. Konkretne rytuały, pegging i kontrola orgazmów.

Rozdział 20 z 44 w książce dla Pani · wszystkie rozdziały są otwarte za darmo

Więcej z opowiadań

służba

Stringi pod odkurzaczem

Wtorek, pełne sprzątanie: mąż klęczy przy kaloryferze w stringach i pasie cnoty, a ja przesuwam palcem po półkach.

służba

Klucz w zamku, a on już klęczy

Od sześciu lat wita mnie po pracy na kolanach. Tamtego wieczoru zadzwonił kurier, potem bank, a ja przeszłam obok niego i zapomniałam.

służba

Przegląd w przedpokoju, w płaszczu

Powiedziałam „nie dzisiaj” i zobaczyłam, jak kciukiem pociera kostkę. Trzy minuty przeglądu w przedpokoju, w płaszczu: otarcie pod pierścieniem, które…